Po cholerę Ci te pamiątki??.. BALI


Za młodu, czyli w poprzednim tysiącleciu, przyjeżdżając z każdej szkolnej wycieczki, przywoziłam ze sobą PAMIĄTKĘ. Wydając ze łzami szczęścia w oczach schowane do tej chwili U PANI pieniądze od rodziców, kupowałam najpiękniejsze okazy sztuki lokalnego rękodzieła. Były to więc zakopiańskie toporki made in china,  prze-pięk-ne obrazki z piasku za szkłem, stylowe figurki piesków z Augustowa (WTF?!), niezbędne w każdym gospodarstwie domowym porcelanowe kubki z dziubkiem, specjalnie do picia wody ze źródła (źródło Zuber- ten smak kupy zapamiętam do końca życia, nie potrzebuję pamiątki. A nawet nie chcę. Dlaczego sobie to przypomniałam ;( ).

Z czasem gust wyrobił mi się na tyle, że zaczęłam kolekcjonować PODOBNE PAMIĄTKI. Chyba każdy kiedyś widział któryś z serii obrazków jakby na szkle malowanych z zabytkami miasta podpisanego poniżej tegoż obrazka. Czarna ramka, sznurki po bokach. Ja miałam ich całą ścianę! Dumnie wisiały przez kilka lat w moim pokoju utwierdzając mnie w przekonaniu, że mam świetny gust i super hobby. Kolekcjonowanie obrazków na szkle. Taak… Te czasy bezpowrotnie minęły. Obrazki zarósł kurz, odeszły w zapomnienie wraz ze zmianą tapety w pokoju, a później w ogóle zmianą pokoju, domu, świetnego gustu i całego najbardziej niesprawiedliwego na świecie świata bardzo nieszalonej nastolatki.

 

Czego mała Mońka się nie oduczyła…

Co zrobić, pamiątki kupuję dalej. Nie zawsze, ale jednak. Cholera wie po co, przecież ostatecznie i tak lądują w jakimś pudle na dnie oceanu. Ocean niepamięci… poniosło mnie. Ale tak to już jest. Jesteś gdzieś na końcu świata i wtedy ta maska wydaje Ci się taka piękna, taka egzotyczna, taka droga, że nie ma co przepłacać i kupować jeszcze droższej, co prawda, może i ładniejszej ale co tam, figurki buddy. I znów to szczęście w oczach, gdy udaje Ci się zbić cenę o połowę, i pierwszy raz te wyrzuty sumienia, że może ten biedny człowiek nie ma za co żyć, i ma tylko tyle, ile zerżnie z turystów.

Taszczysz taką maskę, bo delikatna, w bagażu podręcznym, a właściwie w rękach, przez pół świata. Po drodze oczywiście się łamie, bo w końcu delikatna. Okazuje się, że była sklejana już wcześniej. Szukasz napisu made in china i… na szczęście nie znajdujesz. W końcu po miesiącach szukania miejsca, gdzie by wyeksponować ten okaz sztuki lokalnego rękodzieła, znajdujesz-wieszasz-wisi.

 

Maska z Bali

Wisi w naszym mieszkaniu przy blacie na wyspie, pomiędzy kuchnią a salonem. Bardzo mi tam pasuje. Mimo, że nie mamy w domu wyeksponowanych zbyt wielu pamiątek z naszych wspólnych podróży (a wszystkie bezcenne skarby z wczesnej młodości zostały NIESTETY w domach rodzinnych) to wydaje mi się, że fajnie, że sobie tam tak wisi i się na nas co dzień gapi. Dziś nie wiem dlaczego, to ja gapiłam się na nią dłużej niż zwykle.

Patrzyłam na nią i pomyślałam sobie, że nawet nie wiem co ona ma symbolizować. Maska z Bali. Ale przecież maski zawsze coś chyba znaczą? Tam wszystko miało jakieś swoje znaczenie. Kupiliśmy ją bo po prostu nam się podobała. A może to maska śmierci i nieszczęścia, i zawieszenie jej na widoku uwalnia złe duchy i gwarantuje zbuki w jajecznicy co rano?...  Poszukałam nieco w necie i znalazłam skąpe informacje. Że to maska tajemniczej bogini Bali. Nie wiem co o tym sądzić, ale w jednym z opisów znalazłam informację, że na tej masce widnieje gdzieś symbol pawia a „Paw jest symbolem słonecznym, wieczności, nieskończoności, nieśmiertelności i zmartwychwstania. Paw umieszczony na maskach symbolizuje: wszystkowidzenie, kontemplacje, czujność, godność i dostojność, przepych, wieczną piękność i królewskość” No wypisz wymaluj! 😀

I nagle odkrycie! Maska mnie przyciągnęła do gapienia się w nią, nie tylko po to żebym odkryła naszą królewskość, ale również dlatego, że na Bali, a właściwie najpierw do Singapuru i najpierw sam Adrian, wylatywał dokładnie 3 lata temu!!! Co do dnia! 26.04.2013 r. HA!. Przypadek??!! Nie, nie, istne czary-mary! Autentico :O Rany boskie. Duchy Bali mnie dosięgnęły. Za dużo ostatnio myślę o podróżach. A że nie miałam w planach opisywać wyjazdu sprzed 3 lat, to się upomniała. I powiedzcie mi, że te maski nic w sobie nie mają.

Gapiłam się dziś na nią i gapiłam, i z tego gapienia przypomniałam sobie wszystkie nasze dziwne pomysły na spędzenie czasu na tej egzotycznej wyspie bogów.

Na Bali przylecieliśmy tylko na 3 noce. Byliśmy w Singapurze (Adrian przez 3 tygodnie, ja miałam tylko tydzień z kawałkiem) z okazji zjazdu firmowego MBA Adriana. Ja praktycznie nie dostałam urlopu i musiałam mailować z hotelowych kafejek. Singapur zwiedziliśmy dogłębnie przez 3 dni (o tym może napiszę kiedy indziej-chcielibyśmy wybrać się tu kiedyś z Leosiem, to taka europejska Azja) i z racji bardzo tanich połączeń słynnymi liniami AirAsia polecieliśmy zobaczyć Bali. Czyli nasz ulubiony tryb zwiedzanie-byczenie.

Podaruj mi trochę słońca. … albo już nie ;(

Jako klasyczne wczasozj...*  (*kolokwialne wyrażenie darłowskiej młodzieży określające turystów, których wkurza szum morza i drogie ryby na obiad więc chodzą źli, jedzą zupki chińskie i wyjeżdżają bladzi jak ściana) nie zaopatrzyliśmy się odpowiednio przed wyjazdem. Tak jakoś nie pomyśleliśmy :) że wyjeżdżając pod równik dobrze byłoby mieć ze sobą  krem z porządnym filtrem. Z domu zabrałam klasyczne: 10 i 15. I TO BYŁ BŁĄD…

Pierwszego dnia po przyjeździe, oczywiście standardowo po śniadaniu, jak każdy inny (NieBędęSięPowtarzać)… turysta, poszliśmy na plażę. Dziwiliśmy się, dlaczego Ci ludzie wokół siedzą tyle w krzakach. PRZECIEŻ i TAK NIE MA SŁOŃCA- chmury zasłaniały nam balijskie niebo bardzo skutecznie jeśli chodzi o światło. Jak się okazało jeszcze tego samego wieczora, sądząc po naszych ryjkach, ramionach, tyłkach i kolanach, które przybrały kolor buraka, a także zimnych dreszczach Adriana siedzącego pod kołdrą przy 35 stopniach w pokoju, chmurzyska jednak nie broniły nas przed promieniowaniem! Dziewczyna z Darłowa, facepalm, wstyd, hańba…

Tak więc tyle się poopalaliśmy na Bali :) Dalej było już tylko /ała/szybciej z plaży/ chodź pozwiedzać/chyba umrę/piękna śmierć/.

Porada płatna 2 zł: Na Bali weź ze sobą dobry krem z filtrem! 

Skoro już opalanie mieliśmy z głowy, trzeba było pozwiedzać. Mieszkaliśmy w miejscowości Kuta, która to jest najbliżej położonym kurortem względem lotniska. I niestety widać to na każdym kroku. Jeśli ktoś oczekuje tam dzikości i widoków rodem z pocztówki, zawiedzie się. Albo strzeli sobie w łeb, lub ewentualnie zaopala się na śmierć, jeśli wydal na to 4000 zł (tyle oferują biura podróży z Polski). My za bilet z Singa zapłaciliśmy jakieś 300 zł, więc cieszyliśmy się że w ogóle mogliśmy to zobaczyć i ocenić.

Główna ulica Kuta to bary, dyskoteki, restauracje i wszystkie znane marki świata: Hard Rock, McDonalds, KFC, Sheraton, Mercure, Zara (tuż przy plaży mamy centrum handlowe z tymi samymi markami co w Polsce), Starbucks. I tylko to, że każdego ranka, w każdym wejściu do tych światowych gigantów zostawione są talerzyki z liści z ofiarami dla bogów i kadzidełkami, świadczy o tym, że nie jesteś na Marszałkowskiej, tylko w Indonezji :)

 

O co chodzi z tymi ofiarami?

IMG_1611

Bhuty to byty z rodzimych wierzeń balijskich, niewidzialne istoty, często złośliwe, dusze tych, którzy nie dostąpili po śmierci kremacji i stosownych obrzędów. Błąkają się wśród ludzi i ich domostw siejąc zamęt, więc co dzień skoro świt, również im składane są w ofierze koszyczki. Na progach domów, sklepów, urzędów i skrzyżowaniach dróg. Wszędzie. Nie sposób nie zauważyć będąc na miejscu. Wersja hard to całe małe świątynki do ustawiania tych koszyczków, wybudowane w progach domów czy na skrzyżowaniach. Ma to zapewnić udobruchanie bhutów i spokój składających na następny dzień.

 

No way! Ubud

Ubud

Opinie o Bali są różne. My nie mieliśmy kasy ani czasu na zwiedzanie bardziej turistfree miejsc, ale i tak bardzo nam się podobało. Było egzotycznie, nie ma co. Najlepiej wspominam naszą podróż skuterem na Ubud. Jednym skuterem, a przypomnę, że obowiązuje tam ruch lewostronny. Było już po południu ostatniego dnia na Bali (wylot w nocy), gdy pomyśleliśmy sobie, że chcielibyśmy zobaczyć coś bardziej w głąb wyspy. Skuterki wypożyczają tu na każdym kroku, każdy jeździ skuterkami, całe rodziny jeżdżą skuterkami. Albo jednym skuterkiem (najwięcej widzieliśmy chyba 4 osoby na jednym).

Facet w wypożyczalni powiedział, że nie, że do Ubud za daleko i że nie dojedziemy. I co, dojechaliśmy. Ledwo ale się udało!

Porada płatna 3zł: nie wierz bezzębnym Balijczykom!

Wyglądaliśmy jak głupi i głupszy na tym skuterku, Adrian z przodu, ja jedną ręką trzymałam skuter, drugą nawigację a trzecią machałam dzieciom na skuterkach obok.

Ruch lewostronny- to była jazda. Najlepsze były ronda. Mieliśmy dobra strategię: czekaliśmy na inne skuterki i razem z nimi ruszaliśmy całą chmarą w odpowiednią stronę na rondzie. Inaczej pewnie jechalibyśmy pod prąd. Ludzie nam machali, widzieli, że jesteśmy turystami i chyba doceniali, że odważyliśmy się jechać poza miasto.

Zasady ruchu były dość proste- wygrywa większy i bardziej zdeterminowany, a jak zamierzasz zmienić pas czy wyprzedzisz, po prostu trąbisz. Dajesz znak, że zaraz będzie się działo!

Jednym słowem, walka o życie, ale fajnie było.

Dojechaliśmy do Ubud- tu już dużo bardziej egzotycznie niż w Kucie. Po drodze widzieliśmy słynne tarasowe uprawy ryżu. Ubud to podobno kulturowa stolica wyspy, a nas zaciekawił Monkey Forest. Ledwo tam zdążyliśmy, ale zobaczyliśmy to królestwo małp. Niesamowite. Czułam się jak Lara Croft w Tomb Rider, tylko brakowało mi tego warkocza do odganiania małp. Albo jak w prequelu Planety Małp jak... no nie wiem kto, w każdym razie było bardzo dużo małp jeszcze nie całkiem zczłowieczałych, ale dziwnie inteligentnie się patrzących.

Małpy były wszędzie, siedziały sobie i obserwowały, chodziły za nami, przyglądały się. To było ich miasto. Było i śmieszno i straszno. Do tego równikowa puszcza, dzika roślinność, omszałe mury i świątynie. Bajka.

Musieliśmy się spieszyć bo byliśmy tam bardzo późno. W drodze powrotnej jechaliśmy już po zmroku, co dodało jeszcze więcej smaczka do tego całego zamieszania na drodze. Zajechaliśmy do przydrożnej knajpki dla mieszkańców. Skąd to wiedzieliśmy? Po ilości skuterów na zewnątrz i po wystroju wnętrza i zewnętrza. A raczej braku wystroju. Bar prowadził chyba ojciec z trzema córkami, albo niewolnicami, no nie wiem, w każdym razie trzy młode dziewczyny i dorosły mężczyzna stali za prowizoryczną ladą, na której  powciskane były różne egzotyczne owoce, warzywa i robaki. Oczywiście nie mogliśmy się porozumieć, nie była to restauracja z kelnerami rozbawiającymi turystów śmiesznym angielskim, więc na migi pokazaliśmy jakieś warzywa i próbowaliśmy z chicken ale cholera wie, dziwnie się na nas patrzyli i do tej pory nie wiem co nam tam wtedy podali. Jaszczurki przemykały na suficie i po blacie tworząc ciekawą, żywą tapetę. Zamówiliśmy w każdym razie dwie miseczki CZEGOŚ z makaronem, co zostało usmażone na wielkiej, osmalonej z każdej strony patelni na ognisku w centralnym punkcie kuchni, tuż za ladą.

Ale nie to było gwoździem wieczoru.

 

Gwoździe były dwa.

Pierwszy z nich, znaleziony w daniu z niewiadomoczego z makaronem, taki z rodziny karaluchowatych, został odsunięty na bok talerza. Resztę zjadłam, bo byłam głodna. Drugi z gwoździ do trumny naszego restauracyjnego człowieczeństwa, wyszedł z dania Adriana.

Nie wiem, czy były one jakoś mniej obrzydliwe niż normalnie, uśmiechały się do nas czy co, czy też udzieliła nam się atmosfera indonezyjskiego folkloru, nie mniej jednak, ja odsunęłam robaka na bok i zjadłam większość tego dania, Adrian zaś co prawda zostawił resztę po tym jak ów przyjemniaczek upuścił już jego danie, ale nie miał jakichś odruchów wymiotnych. Broń Boże nie mieliśmy pretensji do obsługi! Dziewczęta były ogólnie tak wystraszone, że nie miałabym serca jeszcze im dorzucać zmartwień. Zresztą, coś mi się wydaje, że i tak nie wiedzieliby o co nam chodzi. My nawet nie jesteśmy typami próbującymi za wszelką cenę miejscowych smaków; z sushi i tajskiego najbardziej to schabowe. Chyba po prostu poczuliśmy klimat miejsca, albo podświadomie bardzo chcieliśmy wtopić się w tło, a jedzenie było naprawdę smaczne.

pyszności!

Nic nam po tym nie było. Mieliśmy lekkiego stracha czy dojedziemy na czas oddać skuterki, była już ciemna noc a jeszcze musieliśmy zdążyć wrócić do hotelu, spakować się i zdążyć na samolot tego samego wieczoru.

 

A i jeszcze surfing.

balijski beachboy

balijski beachboy

Tak… świetnie to wspominam. Wybaczcie brak chronologii ale tak to już jest ze wspomnieniami. To było dzień wcześniej niż wycieczka do Ubud. Umówiliśmy się z jednym z tamtejszych beachboyów, że przyjdę na jedną lekcję, rano na 9.00 bo wtedy są najmniejsze fale i najbezpieczniej do nauki. Uczenie turystów pływania na desce to jedno z podstawowych zajęć wykonywanych przez tamtejszą młodzież. Przesiadują chmarami całymi dniami na plaży i nie widzą życia poza tym. Nie widzą świata poza Bali i nie chcą nigdzie stamtąd wyjeżdżać. Mylą Poland z Holland i ogólnie nie wiedzą co jest poza Indonezją. Ich głównym problemem jest to gdzie i z kim dziś spędzą wieczór. Piękne życie!

Wracając do mojego pływania z takowym przedstawicielem miejscowych lokalesów, niestety, impreza nie zająć, nie uciekła, i na lekcje dotarliśmy koło południa, czyli w czasie największych fal i największego kaca. Nidy w życiu nie pływałam na desce, za to jeżdżę na snowboardzie od 56 lat więc mimo trudności z błędnikiem i super wielkimi i silnymi falami, które ścinały mnie z nóg, dałam radę wstać na deskę podczas trzeciej jazdy 😀  W sumie, miałam szczęście, że nie umarłam podczas któregoś z wyjść w morze. Aby móc posurfować, musisz wyjść z deską odpowiednio daleko od brzegu. Fale, jak już wspominałam, były ogromnie i bardzo silne, i żeby je pokonać z dwumetrową dechą trzymaną nad głową, trzeba było w nie nurkować i przecinać pod wodą jednocześnie utrzymując deskę ponad falą. Kilka razy porządnie mną zarzuciło, gdy nie trafiłam pod falę tylko nieco wyżej i poczułam na własnej skórze siłę tysiąca atletów którzy zjedli tysiąc kotletów.

Porada płatna 2,5 zł: Na naukę surfingu lepiej wybrać się z samego rana.

No ale Bali i te fale to kolebka surfingu więc nie mogłam nie spróbować. Poza tym zmotywował mnie widok wszelkiej maści surferów z niedalekiej Australii, tzw. aussies,  przesiadujących na plaży ale również, a może przede wszystkim, w barach po zmroku. Najpopularniejszym drinkiem w Alleycats był wtedy DoubleDouble, czyli podwójna wódka z czerwonym energetykiem. I pierwszy raz jedliśmy tam prawdziwego burgera z australijskiego mięska, z burakiem  i jajkiem na miękko (pyszności). Kanapka z burakiem i jajkiem do dziś jest naszym ulubionym specjałem w Aioli w Warszawie.

Tak czy inaczej, Bali fajną wyspą jest. Jej odmienność od sąsiednich wysp to przede wszystkim wszechobecne uduchowienie, inna religia (malutka sąsiadka islamskiej Jawy pozostała w kręgu wierzeń hinduistycznych- dziwne o tyle, że Bali była kiedyś częścią Jawy) a nawet tradycje.

 

Bali a Jawa

mieszkańcy Bali razem z turystami przy zachodzie słońca na plaży w Kucie

mieszkańcy Bali razem z turystami przy zachodzie słońca na plaży w Kucie

Według legend i poematów– zarówno jawajskich, jak i balijskich – rozdział Bali i Jawy miał nastąpić dużo później niż podają Amerykańscy naukowcy, czyli z końcem ostatniej epoki lodowcowej. Podawany jest rok 202 n.e. lub nawet XI wiek, gdy, uciekając przed przeciwnikami, jeden z braminów dotarł na wschodni kraniec ówczesnej Jawy. Aby się ratować, zakreślił palcem linię między morzami oblewającymi wyspę. W ten sposób powstała cieśnina, która oddzieliła Bali od Jawy. A gdy w XVI wieku upadło imperium Madżapahit i władzę na Jawie przejęły sułtanaty muzułmańskie, Bali pozostała wolna od ich wpływu. Schronienie na wyspie znalazło wielu hinduskich dostojników i hinduizm dalej tu kwitł, choć we własnej odmianie, w której ogromną rolę pełni kult przodków, wiara w demony oraz siły przyrody – bogów wulkanów. Takich ciekawostek związanych z wierzeniami jest naprawdę sporo. Strefa sacrum wypełnia życie balijczyków prawie tak samo jak surfing wśród tamtejszej młodzieży.

 

Nowy Rok na Bali- oszukiwanie demonów

Młodzi Balijczycy potrafią się bawić, ale jak trzeba, obchodzą swoje święta tradycyjnie. Wyobraźcie sobie to tłumne, turystyczne miejsce zupełnie puste i ciche. Plaże i ulice pustoszeją a mieszkańcy szczelnie zamykają swoje okna i drzwi. Tak się dzieje dokładnie co rok. Co, jak, dlaczego? To tylko Nyepi,  Nowy Rok na Bali! Obchodzony w czasie wiosennej równonocy jest nawet nazywany Dniem Ciszy. Według tradycji, wtedy nad wyspą przelatują demony. Aby nie wyczuły fluidów życia zabronione jest nawet jedzenie i picie, rozmawianie, weselenie się i kochanie. Tak oszukane demony ‘myślą’ ze wyspa jest wymarła i lecą dalej. To zapewnia przetrwanie tego raju na następny rok. Teraz już wiemy dlaczego reszta świata tak nie wygląda i gdzie dalej lecą demony!

Jeśli zaplanujecie sobie wycieczkę na Bali w tym terminie, nie bójcie się, co prawda turyści są proszeni o uszanowanie tradycji i pozostanie tego dnia w hotelach, ale wynagrodzeniem jest wcześniejsze 3 dni balangi w pełni tamtejszego folkloru.

 

Niechcący z tego patrzajstwa na maskopamiątkę przypomniałam sobie wszystko. Miałam pisać o majówce, o Złotym Pociągu, a tu o.

Ech PAMIĄTKI. Pan Pamiątka, który je wymyślił, to miał jednak łeb na karku!**

 

 

**Dobrze, wyjaśnię, bo może nie wszyscy od razu zrozumieli. Adrian w dzieciństwie usłyszał, że rentgen wymyślił Pan Rentgen. Jako wyjątkowo inteligentne dziecko, resztę wynalazców świata dopowiedział sobie sam :)

8 rzeczy, których (chyba) nie wiesz o Rumunii!
Dolny Śląsk. TAK TAK TAK TAK!