Pray for Paris…

Najczarniejszy dzień dla Francji okiem turysty.


Nie tak wyobrażasz sobie wymarzone urodziny ukochanego w Paryżu. W dodatku, gdy jest to Twoja pierwsza zagraniczna podróż od czasu miesiąca miodowego. W drugim dodatku, pierwsza podróż zagraniczna z dzieckiem w życiu. Przyjeżdżasz, martwisz się kaszlem synka, a następnego dnia cały kraj w największej żałobie w historii. Ginie 130 niewinnych osób. Dziecko przestało kaszleć, czy tylko już o tym nie myślisz?

Oglądając TV czy czytając portale informacyjne dosłownie co dzień widzisz informacje o zamachach, o ofiarach, o kolejnym konflikcie zbrojnym, o kolejnych bezsensownych ludzkich dramatach. Nie przypuszczasz, że kiedykolwiek może to dotyczyć akurat Ciebie. Tak to już jest z banałami: „Rozpacz po stracie bliskiej osoby”. „Wojna jest straszna”. „Szaleńcy są niebezpieczni”. „Uważaj na siebie”. „Biedni ludzie, którzy zginęli w zamachach”. Brzmią okrutnie trywialnie dopóki nie doświadczysz tych emocji na swojej skórze.

 

Na pewno nic się  nie stanie!

Tak myśli każdy. Niestety, ktoś w tych zamachach ginie. Oni pewnie też tak myśleli. Wychodząc na koncert z koleżankami, na lampkę wina w piątkowy wieczór czy zwiedzić Luwr z mężem i synkiem raczej nie myślisz o krwi, śmierci, terrorystach i Allachu.

W dniu zamachów, 13 listopada 2015 r. Adrian obchodził swoje 27 urodziny. Z powodu zapalenia oskrzeli Leośka, dzień spędziliśmy na ostrożnym rozglądaniu się po trochu po okolicy i wracaniu co chwila do hotelu, aby nie przesadzić i nie rozchorować gorzej malucha. Wieczorem doszliśmy do Luwru i nawet udało się zobaczyć to co chcieliśmy, w ekspresowym tempie. Cały dzień w napięciu obserwowaliśmy Małego, czy antybiotyki zaczęły działać i czy coś się z nim dzieje niedobrego. Na szczęście, wypacał się podczas snu i wyglądało na to, że wszystko idzie w dobrym kierunku.

Z Luwru wróciliśmy metrem, aby było szybciej. Jedna decyzja. Później okazało się, że w pewnym momencie jazdy metrem byliśmy kilkaset metrów od trwającej właśnie strzelaniny. Wystarczyłoby, żeby Leo nie był chory, a my nie chcielibyśmy wrócić szybko do hotelu tylko przejść się jeszcze po okolicy. Wystarczyłoby, żeby któryś z zamachowców inaczej ułożył sobie plan w swojej chorej głowie i zaatakował jadąc na miejsce spotkania z innymi terrorystami.

 

Gdybanie.

Prawda jest taka, że to przypadek rządzi światem. To, że tego piątkowego wieczoru Adrian wyszedł po ostatnie, wieczorne zakupy i wrócił do nas o około 21.30, opowiadając o dziwnym zamieszaniu wśród sprzedawców to tylko kolejny uśmiech losu. Ale podobno nie wolno chwalić się szczęściem bo wtedy Cię opuszcza. Cii…

Dziecko śpi, my pijemy wino oglądając jedną z pięknych ulic w centrum Paryża za oknami, zajadamy się pysznymi atipasti (niekoniecznie francuskimi) gdy dzwoni do mnie koleżanka z Paryża z pytaniem czy żyjemy. Dziwne? Tak. Ale wtedy jeszcze nikt nie wiedział o co chodzi.

 

Hasło: zamachy.

Pomyśleliśmy, że znów jakaś akcja w metrze jak przed laty w Londynie, że to chyba nic dużego. Nie wiem czemu, ale nie przestraszyłam się wtedy bardzo. Raczej zdziwiłam. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się już do haseł terroryści i zamachy? Potraktowaliśmy to jak jedną z informacji w wieczornych Wiadomościach? Napisaliśmy do śpiących już rodziców, aby w razie gdy rano lub w nocy obejrzą TV, nie martwili się, bo nam nic nie jest, ale podobno były gdzieś jakieś zamachy.

O dziwo, przestraszyłam się dopiero jak Facebook kazał mi się oznaczyć jako osoba bezpieczna podczas zamachów w Paryżu, ponieważ stwierdził, że jestem potencjalnym narażonym na niebezpieczeństwo użytkownikiem. Ponieważ zamachy były tuż obok i mogłam stać się ich ofiarą!... Dziwna świadomość. Mogło tak być. Coś, na co kompletnie nie masz wpływu, po prostu się wydarza. Trajektoria wszystkich wypadków akurat nie zahaczyła o Twoją trajektorię. Upiekło Ci się. Takie to proste. Gdyby się ‘nie upiekło’ już by Cię nie było. Albo najbliższej Ci osoby. Albo Twojego dziecka. Po prostu.

Skończyliśmy wino i przekąski około północy. O zamachach trąbiono już na francuskich portalach, koło 1.00 była już informacja na TVN24.pl. Przez okno obserwowaliśmy pojazdy policyjne jeżdżące bezgłośnie ale z zapalonym kogutem. Patrole jeździły bardzo powoli świecąc potężnymi latarkami po ulicach, oknach, drzwiach, zaułkach. Szukali ich. Koło nas.

Francuska telewizja była oszczędna w drastycznych obrazach. Z tego, co widzieliśmy, pokazywali w kółko tłumy ludzi, bez żadnej krwi, plus prezydenta mówiącego o wojnie. Mówiono, że granica jest zamknięta, nie wiedzieliśmy co to oznacza dla nas. Czy będziemy mogli wrócić do domu? Później znicze i płaczących ludzi. W Polsce obrazy były bardziej dramatyczne. W kółko mówiono o liczbie ofiar. Rosła.

 

14 listopada, dzień po.

Terroryści zapowiedzieli, że to nie koniec. Konsulat we Francji zaapelował o pozostanie w hotelach do czasu uspokojenia się sytuacji.

Nam, bojącym się o zdrowie naszego malca i tak nie zależało na dłuższych wycieczkach. Przecież jechaliśmy do Paryża z założeniem, że będzie super, jeśli w ogóle uda nam się wyjść na spacer po okolicy hotelu, gdy Leo będzie dobrze się czuł. Nie przewidzieliśmy, jak prorocze były to plany. W sobotę po zamachach siedzieliśmy w hotelu. Adrian poszedł rano po śniadanie do sklepu naprzeciwko. Autentycznie bałam się o jego życie. Głupia sprawa wyjść po bułki i już nie wrócić. Dziwna sprawa- obserwować ze łzami w oczach, gdy ukochana osoba wychodzi. Tylko po bułki. Aż z hotelu. Taki głupi strach, robi z Tobą co chce.

Wrócił. Nic się nie stało, oczywiście przecież. Zawsze się upiecze. Po południu stwierdziliśmy, że przejdziemy się tylko na obiad.

Poszliśmy na plac Sorbony. Po drodze widziałam może z 15 osób. To było niesamowity kontrast z w porównaniu z tłumami poprzedniego dnia.

Nie wiem, czy sobie wmawiałam, ale czułam na ulicach gęstą atmosferę. Cały czas czułam strach. Nie widzieliśmy nic okropnego na własne oczy, ale wystarczyło, że przejechała karetka na sygnale a mi już uginały się nogi. Nigdy nie czułam nic podobnego. Mieliśmy świadomość, że jesteśmy w cholernej strefie zagrożenia! Nikt nie wiedział, czy zaraz nie eksploduje jakiś budynek obok. Albo czy ten mężczyzna z naprzeciwka nie wyjmie karabinu zza wielkiego czarnego płaszcza.

Próbowaliśmy się nawzajem uspokajać, żeby niepotrzebnie nie panikować. Rozmawialiśmy o potencjalnym zagrożeniu. Nikt nie wiedział czy terroryści uderzą jeszcze raz, czy to był dopiero początek i preludium do czegoś jeszcze straszniejszego.

Rachunek prawdopodobieństwa podpowiadał nam, że mamy bardzo małe szanse na uczestniczenie w zamachu. Przecież to ‘tylko’ 130 osób na kilka milionów akurat przebywających w Paryżu. A jednak. A jeśli tym razem będziemy po prostu mieli pecha? Obiad zjedliśmy w bardzo wyludnionej knajpie. Prawie wszystkie sklepy były pozamykane. Ludzie dziwnie na siebie patrzyli, albo tylko mi się wydawało.

Po całym dniu w napięciu i bez informacji o nowych akcjach coraz bardziej byliśmy w stanie uwierzyć, że zamachowcy już na razie nie wrócą i że jesteśmy bezpieczni. Że już skończyli zabijać niewinnych, przypadkowych ludzi na ulicach tuż obok naszych ulic (!).

Konsulat Polski w Paryżu- takie rzeczy wychodzą dopiero gdy akurat ich potrzebujesz- najświeższe informacje podawał TYLKO na Tweeterze! My nie mamy tam konta ale udawało się je przeczytać. Nie żeby zamieścili coś na swojej www, gdzie wchodzi każdy średniobiegły w sprawach internetowych poszukujący informacji obywatel Polski za granicą. Na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych znaleźliśmy informację, że powinniśmy oznaczyć się gdzie jesteśmy i do kiedy, żeby ułatwić poszukiwania w razie, gdyby coś się stało. Służy do tego serwis Odyseusz: https://odyseusz.msz.gov.pl/.

Niestety, wersja mobilna tego systemu nie działała :) A, że nie mieliśmy ze sobą komputera, wykluczyło nas to z ewentualnej szybkiej reakcji. To tak na marginesie. Dziwne ze takie rzeczy zawsze się dzieją akurat, gdy cos jest potrzebne, prawda?

Nie mniej jednak, po krótkiej wycieczce poza hotel, pognaliśmy do niego z powrotem. Z okien widzieliśmy pustki na ulicach.

 

Ale za to niedziela…

Następnego dnia, w niedzielę, świeciło piękne słońce i było 17 stopni (środek listopada!). To, plus fakt, że nie mówiono już o bezpośrednim zagrożeniu (choć najwyższy alarm terrorystyczny we Francji miał być utrzymany do poniedziałku) przekonało nas do spaceru. Leoś czuł się dobrze- tak, jestem mamą i wiem takie rzeczy, nie śmiejcie się, że on jeszcze nie gada więc skąd ta pewność :) .

Idąc w kierunku Pól Elizejskich na śniadanie, widzieliśmy mnóstwo zamkniętych sklepów i butików z informacją o zamachach. Tylko H&M oczywiście był otwarty :) Sieciówki są widocznie ponad takie pierdoły jak zagrożenie terrorystyczne.

Ludzie jakby spragnieni normalności tłumnie przesiadywali w knajpach. Rozmawialiśmy ze znajomą, która mieszka tam 10 lat, i wg niej spora część Paryżan celowo nie siedziała tego dnia w domu. Po pierwszym szoku, ludzie stwierdzili, że nie dadzą się zastraszyć. Że to będzie prawdziwe zwycięstwo terrorystów, jeśli dadzą sobą rządzić, i ze strachu przed nimi zmienią swoje życie i przyzwyczajenia. Siedzenie przed knajpą było więc dla co niektórych swego rodzaju protestem i pokazaniem siły. „Nie boimy się Was, nie zastraszycie nas! Jesteśmy silnym narodem i nie damy się zgnieść!”.  Może to i bardzo prosta forma walki, i śmieszna dla niektórych, ale w tym czasie wyjście z domu nie było takie oczywiste i proste, jeśli ktoś miał świadomość jakie jest zagrożenie.

Tego dnia Adrian w końcu zobaczył Paryż w pełnej krasie (ja byłam już dwa razy w Paryżu, ale potwierdzam, że nie jest to miasto na jedne odwiedziny!). Spacerowaliśmy, od Łuku Triumfalnego do Wieży Eiffla (oczywiście wszystkie atrakcje były zamknięte więc musieliśmy zadowolić się niezgorszym widokiem z dołu), byliśmy z Leosiem na najstarszej karuzeli dla dzieci (z 1919 roku!- właściciel to oczywiście Polak). Odwiedziliśmy dwie znajome restauracje mojej koleżanki (kelnerzy Polacy), gdzie dla rozluźnienia atmosfery częstowano nas kieliszkami francuskiego wina (włoskie zdecydowanie wolę bardziej ale nie narzekałam).

Rozluźnieni francuskimi sikaczami (przepraszam fanów francuskiego wina, ale no naprawdę, nie da się) pojechaliśmy jeszcze zobaczyć Montmare. Wszędzie pełno turystów, chyba tak jak my byli spragnieni powietrza i normalności.

Było pięknie. I prawie zapomnieliśmy o zagrożeniu. Gdyby nie to, ze musieliśmy pamiętać aby przemieszczać się autobusami a nie metrem, bo podobno bezpieczniej.

Zło niby minęło. Ale dopiero gdy następnego dnia wylądowaliśmy bezpiecznie na lotnisku w Warszawie, odczuliśmy falę spokoju. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, w jakim napięciu żyliśmy tam przez te krótkie trzy dni. I nie wyobrażam sobie przyzwyczaić się do tego i żyć tak co dzień. Tak samo, jak nie wyobrażam sobie cierpienia tych, którzy stracili w tych zamachach bliskie osoby. Banalne, ale bardzo prawdziwe.

 

Dobrze być w domu.

 

PS. Nie wiedzieliśmy o tym przed podróżą- ale chyba warto zgłaszać swoje wyprawy w jakimś takim miejscu jak Odyseusz, szczególnie gdy wybieramy się w mało popularne kierunki świata, nie tak jak my do Paryża akurat wtedy, ale powiedzmy poskakać z małpami na Borneo, czy posnurkować z żółwiami na końcu świata. Jak wiadomo, nigdy nie wiadomo („Mi na pewno nic nie grozi!”), a nic nas to nie kosztuje. https://odyseusz.msz.gov.pl/

 

 

 

 

 

 

 

Podróż z dzieckiem PARIS#3
Jak nie zaczynać podróży z dzieckiem... PARIS#1