Cuda Podlasia: Kraina otwartych okiennic

Jeżdżąc bez celu po Podlasiu, od czasu do czasu natrafiamy na prawdziwe perełki historyczne czy architektoniczne. Jedną z nich, odkrytą dopiero naocznie, o której nigdy wcześniej ani później nie słyszeliśmy, była kraina, o której dziś chcemy Wam opowiedzieć.


 

Dlaczego tak lubimy wschód?

Proste chaty, piękne widoki, nieskażona (przynajmniej na pierwszy rzut oka) natura, troszkę inna kultura, inne kościoły, prawosławie. Jechaliśmy z północy przez Białystok i postanowiliśmy pojeździć po bezdrożach. Skręcilismy z asfaltówki. Nasza terenowa Fabka (Skoda Fabia, 3 drzwiowa) radziła sobie w każdym warunkach, jak na służbowe auto przystało :) toteż i tu nie miała problemu. Drogi proste, długie, polne. Dopiero wjeżdżając w którąś z kolei piękną wieś, zauważyliśmy, że jakoś tam inaczej. Chaty przyozdobione jak na paradę, tylko, że na stałe. Okiennice wymalowane, pozaznaczane narożniki, wiatrołapy, szczyty. Bogato zdobione elewacje, jaskrawe kolory. Piękne! Następna wieś- to samo. W którymś momencie zauważyliśmy znak informacyjny: jesteśmy w Krainie Otwartych Okiennic!

Oprócz pięknych chat: zdobione zabudowania gospodarcze, żurawie przy studniach, stare narzędzia rolnicze. Jakby czas zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu. Jeżdżąc ze wsi do wsi widać piękne kościoły i cerkwie, krzyże wotywne (czyli dziękczynne), zabytkowe kapliczki przydrożne i cmentarne. Wszystko w otoczeniu cudnej natury. Po prostu Cud, miód i Podlasie :)

Widoki te tak bardzo wbiły nam się w pamięć, ze właściwie ciągle komuś o tym opowiadamy. Jakie było moje zdziwienie, gdy szukałam dziś zdjęć z tego wyjazdu: przeglądam folder 2014-nie, przecież wtedy urodził się Leoś, 2013- nie ma nic ze wschodu, 2012? TAK. To było już 4 lata temu. I może to wydawać się dziwne pisać o czymś tak starym, jednak dla nas jest to kwintesencja nieznanego Podlasia. Coś o czym nie wie prawie nikt, a nam udało się to dawno temu odkryć. Coś o czym warto mówić i co warto zobaczyć na własne oczy.

Coraz więcej mówi się o Tatarach ze wschodu, czy „dzikich” Bieszczadach. Mało kto jednak wie, że tereny na południe od Białegostoku położone w dolinie Narwi i jej dopływu Rudni, a dokładniej wsie: Trześcianka, Soce i Puchły zamieszkiwane są po dziś dzień przez ludność prawosławną pochodzenia białoruskiego, mówiącą specyficzną gwarą o cechach ukraińskich. I to zaledwie 2,5h od Warszawy!  Zamieszkują oryginalne i autentyczne chaty zdobione na wzór rosyjskiego budownictwa ludowego i kultywują swój folklor. Mieliśmy okazję na żywo „podyskutować” z jedną z takich babiczek białorusko/ukraińskich.

Przystanęliśmy, żeby zrobić zdjęcie jednej z chat, gdy podeszła do nas leciwa Pani. Chusta na głowie, fartuch na piersi- cała w kwiatach. Na oko z 80 lat, albo zaniedbana 40 😉 Zdążyłam zrobić jej zdjęcie, gdy opierała się o nomen omen otwarte okno samochodu i zaczęła nas zagadywać. Bardzo ciężko było ją zrozumieć, mówiła rzeczywiście jakąś mieszaniną polskiego, ukraińskiego i ruskiego. Wypytywała czy jesteśmy małżeństwem, czy mamy dziecko, skąd jesteśmy. Do końca życia zapamiętam jej zdziwienie „To wy nie żonate??!” :) Było to jak rozmowa z, przepraszam za wyrażenie, chodzącym skansenem. Nie dość, że Plująca Babiczka (zgadnijcie, skąd ten nick) siedziała przed jedną z cudnie wymalowanych ruskich chat, to jeszcze nie mówiła za dobrze po Polsku. Żywa historia. Ciekawe czy jeszcze tam jest.

Jeśli planujecie tą wycieczkę na cały weekend, dobrze połączyć ją albo ze szwędaniem się ogólnie po wschodzie, albo bardziej konkretnie- z odwiedzeniem pobliskiej Hajnówki i Białowieży, czyli wyprawie na Żubry.

Do Krainy Otwartych Okiennic na pewno jeszcze wrócimy, może uda się już w to lato. Trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście jeszcze nikt o niej nie wie, czy może można już kupić jakieś koszulki, kubeczki albo pamiątkowe parasolki z Plującą Babiczką 😉

 

 

 

Idealny weekend miodowy: Portofino i Toskania!
Dziki Wschód i polsko-litewska Marycha